
- Z miejsca, z którego startowałem, to i tak zaszedłem dość wysoko. Nigdy nie sądziłem, że tak będzie wyglądała moje kariera - powiedział Maciej Staręga w rozmowie z Interia Sport. 36-latek po tym sezonie zakończył karierę sportową. Nie ma co ukrywać, że zawodnik z Siedlec był w Polsce ikoną biegów narciarskich.

W skrócie
- Maciej Staręga zakończył karierę po ponad 20 latach reprezentowania Polski w biegach narciarskich, choć nigdy nie zdobył medalu na międzynarodowej imprezie.
- W wywiadzie podsumował swoją karierę, podkreślając znaczenie budowania bazy tlenowej, wpływ trenerów i specyficzne wyzwania dla polskich biegaczy z nizin oraz ocenił warunki i przyszłość biegów narciarskich w Polsce.
- Wspomniał o problemach systemowych, potrzebie zachęcania młodzieży do sportu oraz o potencjale młodych biegaczy i planach na swoją przyszłość po zakończeniu sportowej kariery.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu
Przez dziesiątki męskie biegi narciarskie w Polsce zdominowane były przez zawodników z południa Polski. To na nich opierała się reprezentacja kraju. Pierwszym biegaczem z nizin, który przebił się do krajowej czołówki i zaczął regularnie występować na arenie międzynarodowej, był Andrzej Piotrowski, który urodził się w Białymstoku. Legendą polskich biegów narciarskich został za to inny zawodnik z nizin. To Maciej Staręga. Biegacz z Siedlec, choć nigdy nie zdobył dla kraju medalu międzynarodowej imprezy, to jednak przez lata był w światowej czołówce. Teraz, w wieku 36 lat, zakończył karierę.
Maciej Staręga przez ponad 20 lat występował w reprezentacji Polski. Zawodnik UKS Rawa Siedlce czterokrotnie wystąpił w zimowych igrzyskach olimpijskich. Indywidualnie najwyżej był 19. w Zhangjiakou w sprincie techniką dowolną. Dwa razy był też 13. w sprincie drużynowym.
Staręga ośmiokrotnie startował w mistrzostwach świata w narciarstwie klasycznym. W 2017 roku w Lahti był ósmy w sprincie "łyżwą". Dwa razy zajmował też ósme miejsce w sprincie drużynowym. W Pucharze Świata najlepszy wynik zanotował w Quebecu w 2016 roku, kiedy to był piąty w sprincie techniką dowolną. W "10" był jeszcze pięciokrotnie. Na Uniwersjadzie otarł się o medal. Na koncie ma też dziesiątki medali mistrzostw Polski, w tym wiele złotych.
Po zawodach PŚ w Lahti powiedział jednak pas. Pożegnał się z wielką sceną w strumieniu szampana, a kilka dni później miał piękne pożegnanie w czasie mistrzostw Polski. Czuć było, że odchodzi ważna postać biegów narciarskich.
Cierpkie słowa Polaków po starcie w igrzyskach. "Dziadostwo"
"Z miejsca, z którego startowałem, zaszedłem dość wysoko"
Tomasz Kalemba, Interia Sport: Ponad 20 lat startów dla Polski i nagle koniec. Czujesz już pustkę?
Maciej Staręga: - Jeszcze chyba nie bardzo, bo dopiero co zakończyłem mistrzostwa Polski. Na pewno czuję, że kończy się pewien etap w moim życiu. Już nie muszę wyjść na trening, choć oczywiście nadal będę aktywny, bo nie można tego wszystkiego zakończyć tak z dnia na dzień. Moje ciało musi stopniowo odchodzić od takich dawek treningowych. Jest w tym wszystkim jednak nostalgia.
Ładne pożegnanie miałeś. I w zawodach Pucharu Świata i na mistrzostwach Polski. Widać, że odchodzi ważna postać polskich biegów narciarskich.
- To było rzeczywiście ładne. Na mistrzostwach Polski emocje już wzięły górę, bo jednak było tak wiele bliskich mi osób. Było wzruszająco. Polazły się łzy.
Spodziewałeś się takiego pożegnania?
- Nawet nie oczekiwałem tego. Tak po prostu. Dlatego było mi bardzo przyjemnie.
Muszę przyznać, że nigdy nie zdobyłem medalu dla kraju, ale wydaje mi się, że z miejsca, z którego startowałem, to i tak zaszedłem dość wysoko. Nigdy nie sądziłem, że tak będzie wyglądała moje kariera. Kiedyś marzyłem o tym, by choć raz wystąpić w Pucharze Świata. To się ziściło, a zaraz okazało się, że nawet jestem w stanie biegać w nim do '10". I to było niesamowite. Marzenie o wyjeździe na igrzyska też spełniłem dosyć szybko.
Odchodzisz jako zawodnik spełniony, czy jednak nie do końca?
- Kurde, usłyszałem kiedyś takie słowa, że chyba nigdy nie można być do końca spełnionym zawodnikiem. To chyba Weronika Nowakowska ostatnio mówiła z Grześkiem Guzikiem przy okazji relacji z biathlonu, że zawsze człowiek myśli, że mógłby zrobić coś inaczej i lepiej. Z tych rzeczy, które chciałem osiągnąć, to myślę, że większość mi się udała. Wszedłem na poziom, na jakim chciałem być. Najbardziej prześladował mnie wynik z zimowych igrzysk olimpijskich w Soczi. Pojechałem na nie z nadzieją, że zrobię coś fajnego, ale nie udało się. Musiałem czekać osiem lat, do igrzysk w Pekinie, żeby spełnić się w tym, w czym chciałem. Goniłem też podium Pucharu Świata, ale nigdy nie udało się wskoczyć na nie.
Skoro wspominasz o Soczi, to tam chyba byłeś gotowy na duży wynik w sprincie "łyżwą". Regularnie wówczas biegałeś w fazie pucharowej. I w Soczi byłeś w gazie, ale przytrafił się upadek w kwalifikacjach i marzenia prysły, jak bańka mydlana?
- To był rzeczywiście dobry sezon. Wchodziłem w ten wielki świat sprintu jako młody chłopak. Bez respektu. Tak, jak teraz robi to młodzież. Dobrze się wtedy czułem i też dobrze biegałem. Ciężko teraz wyrokować, co mógłbym wówczas wskórać w Soczi, ale myślę, że było mnie stać na miejsca 15-20. Udało mi się to dopiero w Pekinie (19. miejsce w sprincie "łyżwą" - przyp. TK). Osiem lat później. Czekałem długo, ale byłem cierpliwy. Jestem zatem zadowolony z tego, co zrobiłem na igrzyskach.
Odkąd tylko pojawiłeś się w polskiej kadrze, to mówiło się o tym, że masz talent. Tymczasem ty nigdy nie zdobyłeś medalu na żadnej międzynarodowej imprezie. Ani w juniorach, ani na Uniwersjadzie. Nie brakowało ci nigdy tego?
- Najbliżej byłem na Uniwersjadzie w 2015 roku. Byłem wówczas czwarty. Wyprzedziło mnie wówczas tylko trzech bardzo dobrych Rosjan. Muszę przyznać, że nigdy nie zdobyłem medalu dla kraju, ale wydaje mi się, że z miejsca, z którego startowałem, to i tak zaszedłem dość wysoko. Nigdy nie sądziłem, że tak będzie wyglądała moje kariera. Kiedyś marzyłem o tym, by choć raz wystąpić w Pucharze Świata. To się ziściło, a zaraz okazało się, że nawet jestem w stanie biegać w nim do '10". I to było niesamowite. Marzenie o wyjeździe na igrzyska też spełniłem dosyć szybko.
Nie żałujesz, że jednak stałeś się specjalistą tylko od sprintu?
- Żałuję. Rozmawiałem o tym z czeskim trenerem, który przygotowuje Michala Novaka. Oni też cały czas balansują na tej krawędzi. On w tym roku postawił dużo więcej na trening tlenowy i potem w kwalifikacjach sprintu mu brakowało i mówi, że bardzo ciężki do znalezienia jest ten złoty środek. Teraz po wszystkich swoich doświadczeniach uważam, że jednak budowanie bazy tlenowej zawsze się w jakimś momencie sezonu przełoży. Skupianie się tylko na przechodzeniu kwalifikacji nie do końca pomaga w dalszych biegach i nie oddaje potencjału. Z perspektywy czasu widzę, że jeden duży wynik robi więcej szumu niż kilka biegów do "20". Wydaje mi się, że przy dobrej bazie tlenowej, jeśli przejdzie się kwalifikacje, to można zrobić światowe wyniki w sprincie. Oczywiście jest też wiele czynników składowych w tych biegach rozgrywanych w fazie pucharowej. Biegałem w finałach i doskonale wiem, że jednak wysoka lokata w nich daje zawodnikowi dużo więcej, niż dziesięć biegów na miejscach 15-20.
Byłeś pierwszym zawodnikiem w Polsce z nizin, który wszedł do światowego topu w biegach narciarskich. Pomagała rywalizacja z "góralami", bo jednak sportowo wychowywałeś się na południu Polski w Szkole Mistrzostwa Sportowego?
- Od 16. roku życia wychowywałem się właściwie na południu Polski. W kategoriach młodzieżowych była rywalizacja z ludźmi z gór i fajnie, bo to napędzało mnie do działania. Z czasem byłem już w stanie rywalizować z najlepszymi w Polsce. I to spowodowało, że zostałem w tym sporcie. Lubiłem to, co robiłem, a do tego wyniki dawały mi satysfakcję.
Myślisz, że byłeś wzorcem dla innych biegaczy narciarskich z nizin?
- Mam taką nadzieję, ale o to trzeba byłoby pytać tych zawodników. Mam nadzieję, ze UKS Rawa Siedlce, skąd się wywodzę, trochę czerpie z mojego doświadczenia. Są tam kolejne osoby, które mogę mnie zastąpić. Mamy tam młodzież, która ma naprawdę duży potencjał. Podobnie jest w Tomaszowie Lubelskim.
Zobacz również:
Skoki Narciarskie Wielki talent polskich skoków przepadł, a teraz wrócił. Pierwszy raz komentuje, co się stało
Tomasz KalembaMaciej Staręga: mamy młodzież i widzę w niej potencjał
Jak widzisz przyszłość biegów narciarskich w Polsce, bo ten projekt robiony ze Szwedami, to jest ciekawa rzecz. Potrzeba jednak na to czasu. Może po wynikach tego jeszcze nie widać, ale jestem optymistą i myślę, że może coś z tego fajnego wyjść.
- Fajnie, że trochę zaimplementowaliśmy tej myśli skandynawskiej. Z tym że to nie jest rozwiązanie wszystkich problemów. To wiąże się z trochę bardziej racjonalnym podejściem do treningu. Ten w biegach narciarskich jest bardzo ciężki i na każdym kroku podkreślała to Justyna Kowalczyk i trener Aleksander Wierietielny. W biegach narciarskich nie ma drogi na skróty. Trzeba swoje wybiegać i wykonać kawał ciężkiej roboty. Myśl skandynawska ma jednak to do siebie, że przy tym wszystkim zawodnik musi być bardziej świadomy tego, co robi. Musimy mieć z tego treningu też trochę radości. Nie możemy się stawać męczennikami, bo wtedy nic nie osiągniemy. Takie katowanie się prędzej czy później doprowadzi do tego, że zawodnik się wypali. Będzie miał tego dość. Dopóki nie osiąga się topowych wyników, to w tym sporcie nie można zarobić kokosów. Musimy jednak zachęcać młodzież do niego, bo ten sport niesie za sobą mnóstwo pozytywnych wartości. Niekoniecznie trzeba być mistrzem świata, czy mistrzem olimpijskim, ale można spróbować tego sportu i potem w normalnym życiu mieć z tego benefity. Sami, jako społeczeństwo, musimy mieć też świadomość tego, że wyższy poziom sportowy w naszym kraju zależy od wyższego poziomu kultury fizycznej wśród młodzieży. Dlatego trzeba ją zachęcać do bycia aktywnymi.
Problemem biegów narciarskich w Polsce nie jest przypadkiem środowisko i to, że każdy ciągnie w swoją stronę? Nie jednej myśli i wspólnego działania? Właściwie od wielu lat przy okazji dużych mistrzowskich wychodziły różne historie.
- Ja to rozumiem, tylko ja mam też perspektywy innych kadr narodowych i tego, jak działają związki w innych krajach. Nigdzie nie ma jednomyślności. Wszędzie jest podobnie, jak u nas. Tak samo jest choćby u Szwedek. Tam są różne grupki i podgrupki. Różnie trenują, ale dominują na świecie. To jest kwestia tego, żeby jednak dogadać się mimo różnicy zdań. Nie wszyscy muszą mówić jednym głosem, bo jednak konstruktywna krytyka też rozwija. Nie możemy zatem mówić, że wszystko jest idealne, bo tak nie jest. Pewne elementy systemu zaczerpniętego ze Szwecji są dobre i na pewno nam pomogą, ale pewne w naszym środowisku kompletnie się nie sprawdzą. I to też trzeba wziąć pod uwagę, dlatego pewne rzeczy ze Szwecji trzeba dostosowywać do polskich warunków, bo my jednak nie mamy tylu baz treningowych, ile ma Skandynawia. Dlatego nie każdy z zawodników może zrealizować odpowiednio plan treningowy w swoim miejscu zamieszkania. W Szwecji akurat zawodnicy tam, gdzie mieszkają, tam sobie trenują i nie mają z tym większego problemu. U nas to jest jednak przeszkoda.
Który z trenerów - poza tatą, u którego zaczynałeś - wywarł największy wpływ na twoją karierę?
- Na pierwszym miejscu postawiłbym chyba Ivana Hudaca, bo on spowodował, że wróciłem na wyższy poziom. On był trenerem kobiecej kadry wtedy, ale odpowiadał też za tworzenie planów dla męskiej kadry. I to był trener ze światowego topu. Pokazał, co trzeba robić, żeby osiągać wielkie wyniki. Dużo od niego zaczerpnąłem. Podobnie, jak od Miroslava Petraska czy Lukasa Bauera. Z tym ostatnim zrobiliśmy duże wyniki w jego przedostatnim sezonie z kadrą, ale też zobaczyłem, jakich rzeczy się wystrzegać. Lukas pracował z nami cztery lata i to pokazało, że system pracy oparty na dłuższej perspektywie przynosi jednak efekty.
Co było największym błędem w twojej karierze?
- Chyba to, że ciągle wmawiano mi, że przy profilu sprinterskim powinienem redukować trening. To miało mi pomóc. Zawsze wierzyłem w to, że jednak objętość treningu przełoży się na wyniki. Dałem się jednak zwieść i poszedłem w ten system, w którym zredukowaliśmy trening, by biegać szybciej w kwalifikacjach. To pomagało, ale na krótką metę. Finalnie zawsze brakowało mi odpowiedniej objętości treningu.
Polskie biegi miały dwie wielkie gwiazdy - Justynę Kowalczyk i trenera Aleksandra Wierietielnego. Wykorzystaliśmy dobrze ten czas, czy jednak to był czas stracony w polskich biegach?
- Trudno jest mi powiedzieć, bo znowu są różne czynniki wpływające na to. I środowisko i to jak oni funkcjonowali i to, że chyba w ogóle sami nie wiedzieliśmy, jak to wykorzystać. Na pewno biegi narciarskie zyskały medialnie w tym okresie i może nawet do teraz korzystamy z tego. Mamy jeszcze młodzież w biegach narciarskich. Na pewno w niektórych aspektach wykorzystaliśmy sukcesy Justyny. Udało się nieco rozbudować infrastrukturę, choć też z różnym skutkiem i chyba nie do końca świadomie. Na pewno zatem były plusy, ale czy optymalnie wykorzystaliśmy sukcesy? Na pewno nie.
Wierzysz w to, że w Polsce powstaną trasy z prawdziwego zdarzenia?
- Mamy bardzo dobre ośrodki do uprawiania biegów narciarskich, ale w każdym z nim czegoś brakuje. Gdyby je złożyć do kupy, to powstałby nam jeden naprawdę świetny. Często tworzy się projekty, w których ludzie zapominają, co jest ważne. Jak choćby śnieg. Jeżeli go robimy, to trzeba go robić jak najbardziej optymalnie. Tymczasem w Polsce nie mamy nawet know-how tego, jak to robić. Często też pieniądze były inwestowane w coś zupełnie niepotrzebnego.
Bardzo zmieniły się biegi narciarskie przez tych kilkanaście lat, kiedy startowałeś, bo ja wiele razy słyszałem, że nawet sama technika bardzo mocno ewoluowała?
- Zdecydowanie widać zmianę na przestrzeni lat. Kiedyś była duża różnorodność nawet między dystansowcami. Teraz FIS dąży do tego, by zawodnicy biegali wszystkie dystanse. I zrównanie dystansów z kobiecymi sprawiło, że biegi właśnie poszły w tę stronę. Do tego dochodzi samoświadomość zawodników, podejście do treningu i podejście do regeneracji. Świat sportu szybko się rozwija. Zresztą gdyby nie to, to pewnie moja kariera nie trwałaby tak długo. Teraz o wiele bardziej dba się o zawodnika. Poziom fizjoterapii i sprzętu, z którego się korzysta i dostępność do wiedzy, to wszystko powoduje, że ten sport się coraz bardziej rozwija. To powoduje, że ten sport jest coraz bardziej wyrównany.
Igrzyska dały nam nadzieję na to, że wcale nie musi być tak źle z polskimi biegami. Pokazali to Eliza Rucka-Michałek i Dominik Bury. Mam nadzieję, że pojawi się też coraz więcej młodzieży. Jak widzisz przyszłość biegów w Polsce?
- Mogę porównać do biathlonu, kiedy to po Pekinie moja Monika zdecydowała się na przerwę. Pojawiały się wówczas teorie, że poza Kamilą Żuk, to będzie bardzo trudne o dobre zawodniczki. Tymczasem przyszedł trener i bardzo rozwinął nasz kobiecy biathlon. Panie zakończyły Puchar Narodów w "10". To pokazuje, że można zbudować drużynę na dobrym poziomie. Trudno powiedzieć, czy na medale, ale wydaje mi się, że trzeba dążyć do tego. Mamy młodzież i to cieszy. Pokazały to ostatnie mistrzostwa świata juniorów i młodzieżowców. Widzę potencjał w tych młodszych kadrach.
Jaki masz plan po karierze? Już zaczęliście projekt Monika Hojnisz-Staręga na igrzyskach we Francji?
- Chyba aż tak daleko na razie nie sięgamy. Na pewno moja Monika chce kontynuować, a ja postaram się jej w tym pomóc. Myślę, że w tym roku skupię się na rodzinie. Jeszcze mnie na to stać. A może wtedy też pomyślę coś nad własnym rozwojem w kierunku trenerskim. Nie wiem. Na razie nie dostałem żadnych ofert.
Rozmawiał - Tomasz Kalemba, Interia Sport
Zobacz również:
Polacy Sceny po biegu. Kowalczyk-Tekieli ruszyła do Ruckiej-Michałek. Polka zalała się łzami
Tomasz Kalemba- Trener kadry pod wrażeniem wyczynu Elizy Ruckiej-Michałek. Apeluje o wsparcie
- Nowy dyrektor PZN zaczyna pracę. "Ci, którzy tego nie szanują, nie powinni być w naszym środowisku"
- To wielki projekt PZN, który ma trwać wiele lat. Szwed zdradził kulisy i wskazał, co musi się stać
- Sztuczna inteligencja wkracza do PZN. Ma pomóc dogonić świat



Masz sugestie, uwagi albo widzisz błąd? Napisz do nasDołącz do nasbiegi narciarskiePŚ w biegach narciarskichMaciej Staręga