Legia Warszawa i Widzew Łódź, kluby aspirujące do miana potentatów polskiej piłki nożnej, obecnie zmagają się głównie z walką o utrzymanie w Ekstraklasie. Ich wyniki dalece odbiegają od oczekiwań, które budowane były w oparciu o znaczące inwestycje poczynione w dwóch ostatnich oknach transferowych.
Wysokie budżety i atrakcyjne kontrakty dla zawodników to często podnoszone argumenty przy porównywaniu tych zespołów. Jednakże, mało kto zwraca uwagę na inny wspólny mianownik – oba kluby zatrudniają po dwóch dyrektorów sportowych. Z pozoru wydaje się to być atutem, sugerującym potencjał do generowania lepszych pomysłów i strategii.
W praktyce jednak, w przypadku Legii i Widzewa, zasada „co dwie głowy, to nie jedna” zdaje się nie sprawdzać. Wielkość wydatków na budowanie składów jest odwrotnie proporcjonalna do osiąganych rezultatów. Na obecnym etapie sezonu można już mówić o tym, że kibice obu drużyn z ulgą przyjmą samo utrzymanie w najwyższej klasie rozgrywkowej, co jest dowodem na nietrafione decyzje podejmowane przez zarządy sportowe.
Jak dowiedział się lokalny portal poleca.to, w Legii trzeci w tym sezonie szkoleniowiec, Marek Papszun, wciąż nie potrafi ustabilizować formy zespołu. Sześć punktów w pięciu meczach to wynik zdecydowanie poniżej oczekiwań. Widzew z kolei sięga po nowego trenera, Aleksandra Vukovića, który ma zastąpić Igora Jovića, licząc na odświeżenie energii i motywacji w drużynie.
Można podejrzewać, że w obu klubach dyrektorzy sportowi – Dariusz Adamczuk i Adam Burlikowski w Łodzi oraz Michał Żewłakow i Fredi Bobić w Warszawie – podążają własnymi ścieżkami, co prowadzi do braku spójności w decyzjach. Odpowiedzialność rozmywa się, a efekt końcowy jest chaotyczny.
Często słyszymy argumenty o różnicach finansowych między polskimi klubami a tymi z czołowych lig europejskich. Jednak pieniądze nie zawsze są kluczem do sukcesu. Przykładem jest Jagiellonia Białystok. W przypadku Legii i Widzewa, wysokie nakłady finansowe wydają się wręcz przeszkadzać. Mimo sprowadzenia zawodników za znaczące kwoty, jakość gry zespołowej pozostawia wiele do życzenia, a większość graczy gra poniżej swoich możliwości.
Redakcja poleca.to donosi, że za słabymi wynikami nie można winić wyłącznie trenerów. Analizując przypadek Kacpra Urbańskiego i Milety Rajovicia w Legii, widać, że nawet utalentowani zawodnicy nie zawsze odnajdują się w nowym środowisku. Urbański, mimo ogromnego potencjału, nie błyszczy pod wodzą obecnych szkoleniowców. Rajović, sprowadzony za 3 miliony euro, mimo ewidentnych problemów z formą, gra regularnie, często kosztem innych, co może prowadzić do frustracji w szatni i psuć atmosferę w zespole.
Dyrektorzy sportowi powinni wspierać trenerów w diagnozowaniu problemów i wspólnie szukać rozwiązań. Dotyczy to zarówno aspektów taktycznych, jak i mentalnych zawodników, ich aklimatyzacji czy problemów pozasportowych.
W przypadku Legii i Widzewa, tegoroczne wyniki jasno pokazują, że model zarządzania sportowego z dwoma dyrektorami na pokładzie, przynajmniej w tej konfiguracji, nie przynosi oczekiwanych rezultatów. Zamiast synergii, obserwujemy chaos i marnotrawstwo potencjału, co stawia pod znakiem zapytania przyszłość obu klubów w Ekstraklasie.