
Spektakularną "wtopę" zaliczyła Legia Warszawa. Sekcja bokserska klubu, z pozycji mistrza Polski za 2025 rok, nie przystąpiła do tegorocznych rozgrywek Polskiej Ligi Boksu, których inauguracja nastąpi dzisiaj w Nowym Sączu. Długi za poprzedni rok, niemożność zebrania budżetu na kolejny i wizerunkowy cios dla reaktywowanych po 39 latach rozgrywek. W ogniu pytań Interii znalazł się Robert Mateusiak, prezes pięściarskiej sekcji stołecznego klubu.

Artur Gac, Interia: Sytuacja, w której Legia Warszawa, świeżo upieczony mistrz Polski, po jednym sezonie wycofuje się z Polskiej Ligi Boksu, jest absurdalna, niewytłumaczalna i - dodam - skandaliczna.
Robert Mateusiak, prezes sekcji boksu Legii Warszawa: - Dla nas trochę też tak jest, ale musieliśmy ratować i wciąż ratujemy klub oraz szkolenie dzieci i młodzieży na każdym poziomie, bo to jest dla nas najważniejsze i to jest nasz fundament. A niestety nie pozyskaliśmy partnerów, sponsorów, ani nic nie zmieniło się w kontekście braku wsparcia z urzędu miasta i urzędu marszałkowskiego. Z tych instytucji nie mamy żadnego wsparcia i dostaliśmy informację, że takiego wsparcia na drużynę ligową nadal mieć nie będziemy. Dlatego musieliśmy podjąć bardzo trudną, ale odpowiedzialną i rozważną decyzję. Jeszcze liżemy rany po tamtym pięknym sezonie, w którym zdobyliśmy tytuł mistrza Polski. Wszyscy dookoła zachęcali nas do startu w rozgrywkach, a później trochę też do tego, byśmy się nie wycofywali. Jednak po licznych rozmowach, próbach i staraniach pozyskania sponsorów, a przede wszystkim fiasku z urzędem miasta i urzędem marszałkowskim, skąd liczyliśmy na wsparcia, a otrzymaliśmy tylko "zero, zero", decyzja mogła być jedna.
Prezesie, jak możliwa jest tak spektakularna "wtopa" w metropolii, w stolicy coraz bardziej dynamicznie rozwijającego się kraju, w mieście z największą liczbą firm, gdzie potrafi funkcjonować wiele sportowych sekcji? Mówimy o Legii, jednej z najmocniejszych marek w Polsce - to wszystko nie mieści się w głowie.
- Ma pan rację, to nie mieści się w głowie. Mam wrażenie, że ktoś nie lubi Legii i boksu. Mimo, że jest to klub z taką tradycją i historią. A szczególnie sekcja bokserska.
Przepraszam, muszę wejść panu w słowo. Ale dlaczego "ktoś"? To na was, pana jako prezesa i pozostałych działaczy, spada największe odium. To wy nie byliście w stanie pozyskać wsparcia finansowego.
- Powiem panu tak: nie tylko ja, jako prezes, odbijaliśmy się od każdej ściany. Nawet za bardzo nie chciano z nami rozmawiać. Jeśli chodzi o władze miasta stołecznego Warszawy próbowaliśmy spotkać się na poziomie pani wiceprezydent Renaty Kaznowskiej, nie było zainteresowania, by chociaż odbyć z nami szczerą rozmowę. Tylko dostaliśmy informację zwrotną, że tak samo jak w tamtym roku, również w nowym sezonie musimy liczyć na siebie. Wbrew pozorom nie jest łatwo robić sport w stolicy. Generalnie uważam, że sport w Warszawie jak i w całej Polsce jest niedofinansowany na odpowiednim poziomie, ale to już temat na inna rozmowę.
Zobacz również:
Boks Polska gwiazda mistrzynią świata. Wynagrodzenie: zero złotych. Dlaczego?
Artur GacDlaczego nie podeszliście do tego projektu bardziej biznesowo? Czyli pozyskiwać środki zewnętrzne od sponsorów i partnerów?
- Oczywiście, że próbowaliśmy działać dwutorowo. I prawda jest taka, że na tamten sezon pozyskaliśmy trzech poważnych partnerów, na czele z naszym głównym sponsorem firmą Profbud, oraz firmami Wawel Development i AMConstraction. Bo gdyby nie te trzy podmioty, wówczas w ogóle nie mielibyśmy żadnego wsparcia finansowego jeśli chodzi o drużynę ligową. W każdym razie budżet i tak okazał się być niewystarczający.
Dalej tego nie rozumiem. Mówi pan, że gdyby nie te trzy firmy, to nie byłoby nikogo innego. W mniejszych miastach, w różnych ośrodkach, kluby pozyskują po kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu mniejszych sponsorów. Chce pan powiedzieć, że gdyby nie te trzy podmioty, to wy w Warszawie nie bylibyście w stanie pozyskać nikogo? Jak to możliwe?
- Proszę pamiętać, że my przejęliśmy sekcję bokserską po wielu, wielu latach zaniedbań. Oprócz tego przejęliśmy bazę, gdzie klub ma siedzibę. Innymi słowy Fundacja Tradycja Olimpijska mieści się na starych, słynnych Fortach Bema, budynek dzierżawimy od Agencji Mienia Wojskowego i tam również swoja bazę szkoleniową ma Klub Bokserski Legia. Przy okazji zapraszam do odwiedzenia tego miejsca najlepiej z kamerą, żeby pokazać w jakich warunkach w XXI wieku trenują najlepsi pięściarze w Polsce, to idealne miejsce na dobry reportaż.
Niebywała decyzja Usyka. Polacy nie wierzą. Przyjaciel Ukraińca demaskuje motyw
To skoro taka była sytuacja, po co zaczęliście budować jedną z najlepszych i najdroższych drużyn w lidze?
- Po pierwsze, to my nie ruszyliśmy po zawodników, tylko dla nas od początku najważniejsze było, jest i będzie zabezpieczenie szkolenia na miejscu. Czyli pomysł odbudowy całej sekcji bokserskiej Legii opierał się właśnie na szkoleniu dzieci i młodzieży. Proszę pamiętać, że drużynę ligową opieraliśmy głównie na naszych zawodnikach i wychowankach, trenujących na miejscu w klubie. To, co pan powiedział, jest trochę paradoksem. Bo zdecydowanie mielibyśmy prościej, łatwiej i taniej, jakbyśmy poszli w kierunku działalności innych klubów. Tych, które nie szkolą, a pozyskują zawodników z rynku tylko na ligę. A my na odwrót, czyli ligę dołożyliśmy do szkolenia. Pamiętajmy, że koszty utrzymania klubu i siedziby na Fortach Bema, czyli starych, powojskowych terenów, są ogromne.
Pan mówi o paradoksie, tymczasem ta historia, którą pan buduje, dla wielu może być niezrozumiała. Przecież w wielu sportach raczej faktem jest, że najefektywniej wychodzi się w momencie, gdy stawia się na swoich wychowanków. Wtedy nie trzeba wykładać wielkich pieniędzy za najlepszych, unika się dodatkowych kosztów, a koszty stałe są zawsze.
- To powiem inaczej. Zawodnicy, którzy trenowali u nas w klubie, a przychodzili powiedzmy pięć-sześć lat temu, byli nie do końca zaopiekowani w różnych regionach Polski, by umożliwić im osiąganie najlepszych wyników i rozwój sportowy. I tym zawodnikom my stworzyliśmy warunki w postaci bazy treningowej, a dzierżawiony budynek jest bardzo drogi w utrzymaniu. Oprócz tego tym zawodnikom oraz trenerom, których sprowadziliśmy, zapewnialiśmy warunki lokalowe, czyli wynajęliśmy dwa mieszkania. Do tego dochodziło wyżywienie. Więc proszę sobie policzyć, jakie są koszty, a mówimy o Warszawie. Ponadto dochodziły stypendia dla zawodników od 1000 do 3000 złotych miesięcznie. Na jednostkę to niedużo, ale gdy ma pan 10 lub 12 zawodników, to kwoty robią się spore. Reasumując, koszty utrzymania drużyny i szkolenia same w sobie były już bardzo wysokie. Do tego dołóżmy starty drużyny w lidze, czyli oprócz stypendium gaże za mecze. Plus doszło kilku zawodników z Polski, nadto dwóch zagranicznych prawie w każdym meczu oraz wyjazdy na mecze, a także organizacja meczów na miejscu. Sama tylko rola gospodarza pojedynczego meczu kosztowała nas 70-80 tysięcy złotych. Sumując to wszystko, mówimy o bardzo dużych pieniądzach.
I wspomniał pan o ściągniętych zawodnikach z Polski plus zagranicznych. Zbudowaliście mocny zespół, który był drogi w utrzymaniu.
- Ci zawodnicy zagraniczni byli brani tylko i wyłącznie na mecze.
Ile im płaciliście?
- Nie będę mówił dokładnie o stawkach, ale to nie są jakieś kosmiczne kwoty. Mogę powiedzieć, że jednostkowo kilkaset euro za walkę. Chyba się pan zgodzi, że to nie ogromne pieniądze. Jeśli jednak zsumuje się wszystkie koszty, a my stworzyliśmy naszym zawodnikom warunki treningowe na poziomie kadry narodowej, robi się problem. Treningi dwa razy dziennie, opieka fizjoterapeuty, opieka trenera od przygotowania motorycznego, dwóch trenerów od boksu, mieszkania, wyżywienie. Jak pan to pomnoży razy dziesięć lub dwanaście plus stypendia, to samo utrzymanie drużyny na takim poziomie jest wymagające.
Myślę, że każdy sternik klubu w Polskiej Lidze Boksu powiedziałby, że jest to nie lada wyzwanie. Nie jest prosto zbudować budżet, tego oczywiście nie neguję. Jednak fakt jest taki, że po roku z wskrzeszonych po 39 latach przerwy rozgrywek wycofał się tylko mistrz Polski z miasta stołecznego.
- Tak, ma pan rację i zapewne brzmi to kuriozalnie, ale proszę sobie zadzwonić do Szczecina, do drużyny Skorpiona. Mowa o klubie, który zajmuje pierwsze miejsce w punktacji bokserskiego sportu młodzieżowego w Polsce. To klub numer jeden, który ewidentnie stawia na szkolenie, mający zawodników przyjezdnych, ze szkołą oraz internatem. I taki klub, mimo spotkań i rozmów przed premierowym sezonem, nie zgłosił się do ligi. Paradoks czy nie paradoks? Po roku zmagań ligowych rozumiem, dlaczego nie ryzykowali startem w lidze.
Przede wszystkim odpowiedzialna kalkulacja. Wówczas zainteresowałem się sprawą i wiem, że uznali, iż nie będzie ich stać, by w jakieś perspektywie czasu utrzymać zespół w lidze. Czyli podeszli do sprawy ultraporfesjonalnie. A wy?
- Zgadzam się z panem w stu procentach, ale zapewne domyśla się pan przecież, że w takim klubie, jak Legia, oczekuje się, by wystartować w lidze i walczyć o najwyższe cele. To chyba każdy rozumie. Z każdej strony namawiano nas do startu i zapewniano, że wsparcie dla nas się znajdzie.
No więc kto tego zapewnienia nie dowiózł? Która konkretnie osoba lub instytucja, deklarująca pieniądze, się wycofała?
- To nie jest tak, że ktoś mówił nam, iż na sto procent wyłoży pieniądze. Ale chyba mieliśmy prawo oczekiwać, że m.st. Warszawy, włącznie z urzędem marszałkowskim, wesprą drużynę w walce o tytuł mistrza Polski.
Właśnie nie. Moim zdanie was uśpiło to, iż wyobrażaliście sobie, iż władze stolicy na pewno podłączą was do publicznych pieniędzy. Bo powrót ligi, bo Warszawa, bo Legia, bo nikt wizerunkowo nie będzie chciał sobie pozwolić na taką sytuację. A dzisiaj, stety lub niestety, zarządzanie klubami zmieniło się w taki sposób, że prezesi lub trenerzy są menedżerami, zarządzając sekcjami jak projektami biznesowymi na wolnym rynku, o które cały czas trzeba zabiegać i walczyć.
- Przedstawia pan to w taki sposób, jakbyśmy siedzieli sobie pod drzewkiem i codziennie tylko pili kawę, ale ma pan rację, to jest nasza wspólna porażka.
Tak odbieram pana słowa, że "mieliście prawo oczekiwać".
- Czy mogliśmy oczekiwać takiego wsparcia czy nie, pozostawiam do oceny czytelników oraz kibiców.
A pan co odpowie?
- Więc jeszcze raz: mówię panu, że liczyliśmy, bo naszym zdaniem mogliśmy liczyć na wsparcie takich instytucji jak urząd miasta i urząd marszałkowski. Prowadziliśmy rozmowy, namawiano nas byśmy startowali, nawet samo Ministerstwo Sportu i Turystyki namawiało nas i prosiło, abyśmy nie wycofywali się z ligi. Niektóre instytucje obiecywały, że spojrzą na nas przychylniejszym okiem w drugim sezonie, a dostaliśmy odpowiedź, że przychylności i wsparcia jednak nie będzie. Dlatego przed tym sezonem, na bazie świeżych doświadczeń, podjęliśmy odpowiedzialną i jedyną słuszną decyzję, by nie narażać klubu, ale utrzymać fundament w postaci szkolenia dzieci i młodzieży. Nie zebrawszy budżetu i wyciągając wnioski, że zapewnienia są ulotne, nie mogliśmy inaczej postąpić. Proszę mi uwierzyć, że ruszyliśmy z akcją, wyszliśmy do social mediów, byliśmy też na Łazienkowskiej, by po meczu obejrzanym z wysokości loży, później porozmawiać ze sponsorami. Niestety nic to nie dało, bo jak pan pewnie wie, piłkarska Legia też ma swoje problemy. Tam trwa również walka o utrzymanie sponsorów, a nie rozczłonkowanie ich na inne sekcje. Rozmawialiśmy też z prezesem Dariuszem Mioduskim, który wsparł naszą akcję ratunkową i umożliwił nam rozmowy z partnerami piłkarskiej Legii, niestety nawet to nie pomogło. Tymczasem do podpisania otrzymaliśmy nową, bardzo restrykcyjną umowę dla wszystkich drużyn na sezon 2026 z wekslem na 250 tysięcy złotych. Z całym szacunkiem, ale po doświadczeniach tamtego roku, nie byłbym w stanie wziąć na siebie ryzyka w wysokości ćwierć miliona złotych.
Doprecyzujmy, gdybyście z jakiegoś powodu mieli wycofać się w drugim sezonie, zapłacilibyście karę w tej wysokości?
- Dokładnie tak.
Wiem, że macie zaległości względem zawodników za zeszły sezon. Ile one w tej chwili wynoszą?
- Nie chcę mówić o dokładnych kwotach, ale mamy jeszcze zaległości. Mam nadzieję, że stopniowo zaczniemy je spłacać i systematycznie je uregulujemy.
To ponad 100 tysięcy złotych?
- Trochę więcej.
Trochę czy "bardzo trochę"?
- Hmm…
Równowartość tego weksla?
- Mniej niż 200 tysięcy złotych.
Zawodnicy wchodzą na drogę sądową?
- Na razie nie mamy żadnej sprawy sądowej. Z zawodnikami jesteśmy umówieni tak, że przede wszystkim pracujemy nad tym, by utrzymać sekcję, szkolenie oraz rozliczyć się z nimi z zaległości, a także z trenerami. Między innymi też dlatego nie przystąpiliśmy do ligi. Naprawdę względem zawodników chcemy być fair i w możliwym czasie wyjść na czysto. Obecna praca służy temu, by wyjść na prostą, jeśli chodzi o funkcjonowanie sekcji bokserskiej.
W którym momencie pojawił się zator finansowy? Z tego, co usłyszałem, już za ostatnie trzy-cztery mecze zawodnicy nie mieli płacone.
- Bardzo poważne problemy zaczęły się od września. W okresie wrzesień-grudzień było nam bardzo ciężko, a sytuację potęgowało natężenie meczów. Proszę zwrócić uwagę, co także jest paradoksem, że zostaliśmy mistrzem Polski, mimo że cztery ostatnie mecze kończyły się naszymi porażkami. Za to w pierwszej rundzie pokazaliśmy sportową moc i to, jaki prezentujemy poziom. Z kolei jadąc na ostatni mecz do Wałbrzycha, praktycznie zbieraliśmy pieniądze do czapki pod kościołem, by w ogóle wystąpić. To była walka za wszelką cenę, bo tylko walkower mógł nam zabrać tytuł. Musieliśmy po prostu wyjść do ringu i wystąpić we wszystkich walkach, by móc wznieść puchar. Proszę mi uwierzyć, że to było przykre, najmniej wesołe i przyjemne zdobycie mistrzostwa Polski, jakie można sobie wyobrazić. Z jednej strony oczywiście cieszyliśmy się, że mimo problemów jesteśmy numerem 1, ale mając na karku wszystkie problemy, była to stępiona radość.
Przecież ten złoty medal to pyrrusowe zwycięstwo. W dodatku przyznał pan, że bardzo poważne problemy zaczęły się już we wrześniu. Dlatego powiem, jakkolwiek zabrzmi to kolokwialnie, że wy do tej ligi w ogóle przystępowaliście niejako "na wariata". Bez zabezpieczonego na cały sezon budżetu, a na zasadzie radosnej twórczości.
- Proszę zwrócić uwagę, że cała liga ruszyła trochę na wariata.
Co to znaczy?
- Nie mieliśmy roku czasu na to, by po oficjalnej informacji kluby mogły się przygotować do startu ligi.
Chce pan powiedzieć, że inni także montowali budżety w trakcie rozgrywek?
- Trochę tak. Prezes Grzegorz Nowaczek, delikatnie mówiąc, bardzo mocno zachęcał nas i namawiał, by kluby się zgłaszały, bo liga musi wystartować. I, żeby była jasność, tutaj nie winię prezesa, który słusznie robił wszystko, aby ligę reaktywować. W tym sensie to wielki sukces. Miał wsparcie Ministerstwa Sportu i Turystyki, które także mocno poparło ten projekt, niemniej czasu na spięcie budżetu było niewiele. Chyba nie muszę panu mówić, że budżet na 2025 rok powinno się spinać rok wcześniej. A my informacje o tym, że liga wystartuje dostaliśmy kilka miesięcy wcześniej i czasu mieliśmy zbyt mało.
Inne drużyny stanęły przed takim samym wyzwaniem i sobie z nim poradziły.
- Zgoda. Chcę tylko podkreślić, iż trzeba było podjąć pewne ryzyko, aby przystąpić do ligi. Sytuacja jednak w naszym przypadku tak się rozwinęła, że podejmowane w ostatnich miesiącach i tygodniach rozmowy służą już tylko ratowaniu tego, co przyniósł nam premierowy sezon. Pieniądze na start zebraliśmy, ale później sytuacja mocno się skomplikowała.
Nagroda za wywalczenie tytułu mistrza Polski wiązała się z gratyfikacją finansową?
- Dostaliśmy równe zero złotych. I od razu chcę uściślić. W regulamin była wpisana tylko nagroda finansowa, ale bez podanej kwoty. Niemniej na spotkaniu z prezesami i przedstawicielami wszystkich klubów oraz władzami Polskiego Związku Bokserskiego była deklaracja ze strony prezesa związku, że za złoty medal przywiduje nagrodę w wysokości 150 tysięcy złotych, za srebrny 100 tysięcy, a za trzecie miejsce 50 tys. złotych. Proszę mi wierzyć, że zawodnicy też wiedzieli o tych 150 tys. złotych i czekali w końcówce roku, aż pieniądze trafią na konto Legii. Zapewnialiśmy ich, że ten wpływ pozwoli spłacić ich zaległe wynagrodzenia za walki.
Dlaczego nie otrzymaliście tych pieniędzy?
- To już pytanie nie do mnie.
Ale pewnie próbował pan ustalić.
- Oczywiście, zadaliśmy w tej sprawie pytanie.
I jaka była odpowiedź?
- Krótka, że pieniędzy nie ma i nie będzie, bo wydatków było więcej niż się spodziewano. Jednak trzeba powiedzieć jasno, że te deklaracje były bardzo jasne i konkretne. Na formalnych i oficjalnych spotkaniach. Kwoty były deklarowane, a prawda jest taka, że za zdobycie tytułu mistrza Polski dostaliśmy zero złotych.
A zaryzykowałby pan stwierdzenie, że otrzymawszy 150 tys. złotych, znów zaryzykowalibyście i przystąpiliście do drugiego sezonu PLB?
- Nie sądzę. Byłoby to zbyt duże ryzyko, dostając do podpisania w bardzo krótkim okresie czasu wspomniany weksel na kwotę 250 tys. złotych. Po tym, co przeżyliśmy i wiedząc, jaki budżet jesteśmy w stanie zapewnić, po rozmowach i niektórych odpowiedziach z urzędu miasta, urzędu marszałkowskiego, urzędu dzielnicy Bemowo i spotkaniu z kilkorgiem prywatnych sponsorów oraz inwestorów, decyzja raczej nie byłaby "na tak". Te środki na pewno bardzo by nam pomogły w końcówce roku, pewnie na większym spokoju byśmy rozmawiali z potencjalnymi partnerami, ale finalnie to nie był czynnik decydujący.
Z drugiej strony, jeśli kwota nagrody nie była deklarowana w regulaminie, a władze związku obserwowały od września waszą walkę o przetrwanie, kuriozalne byłoby wypłacenie wam nagrody w kontekście opuszczenia ligi i zadania jej wizerunkowych ran. I kwestia numer dwa, czyli weksel. Jeśli wczuję się w położenie szefów pozostałych klubów i działaczy związku, to widzę dalece uzasadnione wprowadzenie takiego bezpiecznika. Zbudowaliśmy zespół ponad stan, a wiele klubów w konfrontacji z wami nie tylko straciło punkty, ale poniosło też inne, niepowetowane i niepoliczalne straty. A co, gdybyśmy przystąpili do kolejnych rozgrywek i w ich trakcie wywiesili białą flagę? To dopiero byłaby katastrofa.
- Ja bym tak tego nie ocenił, bo proszę zwrócić uwagę, że my nie rzuciliśmy wszystkiego na jedną szalę. Nie ściągaliśmy, na łeb na szyję, zawodników z całego świata. Jakby pan zobaczył, jakich zawodników w składach lub "na papierze" miały też inne kluby, to były naprawdę solidne nazwiska. Przy czym tam statystycznie było 90 procent przyjezdnych, a u nas tendencja była odwrotna, czyli 20-30 procent pięściarzy to byli przyjezdni, a bazowaliśmy na naszych zawodnikach, na co dzień szkolonych w naszym klubie, co sporo kosztuje.
Wymowna jest reakcja legionisty z krwi i kości Andrzeja Gołoty, który w krótkiej rozmowie z "Faktem", uświadomiony co stało się z Legią w lidze, nazwał to skandalem. Nie mieści mu się w głowie, że w stolicy finansowo nie utrzymano zespołu.
- Oczywiście bardzo dobrze, że pan Andrzej Gołota zareagował i doskonale go rozumiem. Ja trochę żałuję, że nikt nie zadał tego pytania w urzędzie marszałkowskim czy urzędzie miasta. I tam włodarze nie staną w obliczu pytań, dlaczego nie chcą wesprzeć i nie wspierają klubu bokserskiego Legia. Jest to dla mnie zastanawiające, ale przede wszystkim smutne.
Moim zdaniem to szukanie najłatwiejszego tłumaczenia. Już mówiłem, że dzisiaj klubami zarządza się jak biznesami, a nie tylko wyciąga ręce po miejskie pieniądze.
- Niech pan zwróci uwagę, że my, jako jedyna drużyna spośród innych w Polskiej Lidze Boksu, mieliśmy zero wsparcia z miasta.
Zobacz również:
Boks Szermierka Usyka z 21-latkiem. Atmosfera już podgrzana. "To nieprawda"
Tomasz ChabiniakDostajecie pieniądze na szkolenie dzieci i młodzieży. A liga to projekt zawodowy.
- Tak, ale to są groszowe sprawy i małe pieniądze. Z urzędu marszałkowskiego żadne, a z urzędu miasta, co wychodzi z algorytmów i punktacji, na cały 2025 rok na sekcję bokserską Legii otrzymaliśmy 27 tysięcy złotych. Więc chyba nie mówimy o poważnych kwotach. Deklaruję panu, że władze samorządowe mają walny udział w budżetach innych drużyn plus dokładają sponsorów. Tymczasem my bazowaliśmy tylko na sponsorach. Wiemy również, iż pomagano pozyskiwać wsparcie finansowe innym drużynom, a w naszej sytuacji, mam wrażenie, było zgoła odmiennie. Wręcz mam wrażenie, że czekano, by Legia upadła i wycofała się z ligi. Historia naszej sekcji jest piękna, tymczasem rzeczywistość okazała się bardzo bolesna, a brakiem oczekiwanego wsparcia dostaliśmy mocny i powalający cios. Mimo tych wszystkich ciosów, Klub Bokserski nie upadnie i mogę zadeklarować z naszej strony, że pracujemy codziennie bardzo ciężko. Zrobimy wszystko, aby wraz z naszymi parterami zapewnić najlepsze możliwe warunki do rozwoju sportowego naszych młodych zawodników, bo to jest nasz priorytet. A na ligę może jeszcze kiedyś przyjdzie czas.
Rozmawiał Artur Gac
Sytuację Legii skomentował dla Interii Krzysztof Kosedowski, legenda "Wojskowych", brązowy medalista olimpijski z Moskwy z 1980 roku:
- To ciągle jest mój klub i moja sekcja. Kochany, będę gryzł się w język, bo nie chcę rzucać najmocniejszymi słowami ani nikogo obrażać, ale powinienem wystartować do tych wszystkich urzędników, którzy są władni podejmować decyzje. Niektóre kluby się chwaliły, że dostały pieniądze czy to od prezydenta swojego miasta czy burmistrza, a nam przed nosem drzwi zostały zamknięte. Każdy myśli, że jak Legia, to jest eldorado. Kiedyś czasy były inne, pieniądze dawało wojsko, a dzisiaj jeśli sam nie uzyskasz pieniędzy od sponsora, zostajesz z niczym. I wielka marka klubu nie ma znaczenia. To jest straszne. I straszne wizerunkowo, że taki klub, po jednym sezonie z pozycji mistrza Polski, wycofuje się z rozgrywek. Więcej nie powiem, bo ten temat tak podnosi mi adrenalinę, że nie chcę później żałować.
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: artur.gac@firma.interia.pl



Masz sugestie, uwagi albo widzisz błąd? Napisz do nasDołącz do nasLegia WarszawaFiodor ŁapinGrzegorz NowaczekPolska Liga Boksu