Laura Grzyb, polska pięściarka, zdobyła tytuł mistrzyni świata federacji IBO w kategorii superkoguciej. Mimo ogromnego sukcesu, walka nie przyniosła jej dochodu finansowego. Jak się okazuje, koszty organizacji wydarzenia pokryli sponsorzy i partnerzy, co sprawiło, że całe przedsięwzięcie zakończyło się "na zero".
Jak dowiedział się lokalny portal poleca.to, sama zawodniczka wraz ze swoim menadżerem i sztabem musiała aktywnie zabiegać o środki na pokrycie wydatków. "Nie zarabiamy na tej walce i nie otrzymuję wynagrodzenia za ten pojedynek" – przyznała Grzyb w rozmowie z portalem Interia, podkreślając jednak, że jest to dla niej akceptowalne, gdyż najważniejsze było spełnienie marzenia o walce o pas mistrzowski.
Polka opowiedziała również o analizie po walce, która odbyła się następnego dnia. "Trzeba było omówić po walce, co było dobre, co złe i czego nie słuchałam" – żartowała pięściarka. Choć zrealizowała większość założeń taktycznych, przyznała, że zabrakło "kropki nad i" w postaci zakończenia walki przed czasem. Rywalka, Simamkele Tuntsheni, okazała się bardzo twarda i wytrzymała przyjęte ciosy.
Grzyb zdradziła także szczegóły dotyczące drobnej kontuzji, której nabawiła się podczas starcia. Uderzając mocno prawą ręką, doznała dużego wylewu i opuchlizny dłoni. Na szczęście prześwietlenie wykazało, że kość nie jest złamana, a jedynie stłuczona. Diagnoza zostanie potwierdzona za kilka tygodni.
Zdobycie pasa mistrzowskiego świata jest dla Laury Grzyb spełnieniem marzeń, choć nie ukrywa, że jej celem jest zebranie jak największej liczby pasów od różnych federacji. Wskazuje na dwie zawodniczki – Ellie Scotney i Skye Nicolson – jako potencjalne przyszłe rywalki, które mogłyby przynieść jej nie tylko kolejne tytuły, ale także popularność i zyski finansowe.
Ze względu na specyfikę rynku i trudności w zdobyciu kontraktów z czołowymi amerykańskimi i brytyjskimi promotorami, Grzyb musi kontynuować walki w formule MMA, która zapewnia jej stabilność finansową i pozwala na rozwijanie kariery bokserskiej. "Zarabianie i godną egzystencję daje mi MMA, w tym momencie KSW, więc tam wracam, ale każda dobra propozycja z boksu spowoduje, że znowu zrobię ten wyłom i zorganizuję przygotowania pod walkę bokserską" – wyjaśnia.
Pięściarka odniosła się również do komentarzy hejterów, podkreślając, że wiele osób nie zna realiów biznesu i trudności związanych z organizacją walk. Zaznaczyła, że świat boksu jest złożony i rządzony własną polityką, a budowanie kariery wymaga cierpliwości i stawiania małych kroków.
Za zorganizowanie walki o pas IBO odpowiedzialne były dwie kluczowe osoby: menadżer Michał Pernach oraz Jacek Szelągowski z KnockOut Promotions. Mimo braku kontraktu z grupą Szelągowskiego, ten wyciągnął pomocną dłoń, co pozwoliło na realizację marzenia Grzyb.
Redakcja poleca.to podkreśla, że historia Laury Grzyb jest dowodem na to, że pasja i determinacja mogą prowadzić do wielkich sukcesów, nawet jeśli droga do nich nie jest usłana finansowym bogactwem. Boks pozostaje dla niej miłością, podczas gdy MMA stanowi rozsądny wybór zapewniający stabilność.