
Wyniki kadry są w Europie odbierane 10 razy lepiej niż w samej Polsce i to jest coś, co mnie trochę przeraża. W Polsce jest duża zazdrość, a czasami wręcz zawiść. Walczę jak Don Kichot nad zmianą podejścia u ludzi - mówi Igor Milicić, trener reprezentacji Polski i Arisu Saloniki.

Karol Wasiek: Jak Igor Milicić zmienił się przez lata jako trener i człowiek?
Igor Milicić, trener Arisu Saloniki i reprezentacji Polski: - Dobre pytanie. Uważam, że praca w kadrze dała mi nową perspektywę patrzenia na różne kwestie. To bardzo cenne doświadczenie, które - w moim przypadku - przełożyło się na pracę klubową.
W kadrze jest dużo mniej czasu na przygotowanie do meczu. Krzyk, taka agresywna postawa nie jest wskazana. Taktykę muszę dopasować do możliwości zawodników, by to wszystko funkcjonowało na odpowiednim poziomie. Ciekawostką jest fakt, że - po pierwszych doświadczeniach w kadrze - próbowałem taką postawę przyjąć jako trener klubowy. Niestety, zadziałało to na moją niekorzyść.
Po głębszych przemyśleniach ostatecznie czuję, że znalazłem balans między prowadzeniem zespołu na co dzień, a prowadzeniem kadry. Wiem, co jest potrzebne, by osiągnąć sukces.
Jakie było negatywne przełożenie sposobu prowadzenia kadry na pracę w klubie na co dzień?
- Stałem się trenerem bardziej wierzącym w zawodników. Wierzyłem w ich chęci, własną motywacją i w to, że nie trzeba ich dodatkowo pchać w kierunku tego, by robili odpowiednie rzeczy, które przekładają się na wyniki zespołu. I ostatecznie okazało się, że takie podejście nie było właściwe. W klubie trzeba mieć twardą rękę. Ta cecha jest mocno wskazana, jeśli chce się osiągnąć zakładany wynik.
Kiedy był ten moment przełomowy i powrót do rządów twardej ręki?
- Wszystko działo się w pracy w Besiktasie. Poszedłem mocno wtedy w opcję "player's coach". To nie zadziałało. Zawodnicy w klubie nigdy nie są na tyle zadowoleni, żeby to szło w jednym kierunku. W kadrze występują zupełnie inne okoliczności. Tutaj nikogo nie trzeba dodatkowo pchać we wskazanym kierunku, jest długoletnia praca, współpraca, hierarchia, zrozumienie i poczucie misji. W klubie wszystko sprowadza się często do wykonania konkretnego zadania, najczęściej w krótkim terminie. Dlatego trzeba być jednak twardszym.
Która wersja panu bardziej odpowiada? Trener klubowy czy selekcjoner?
- Nie mogę tego konkretnie sklasyfikować. Obie role są ważne. Mam świadomość tego, że - biorąc moje podejście do tej pracy - odpowiedzialność trenera kadry jest ogromna. To odpowiedzialność za całą polską koszykówkę, to odpowiedzialność za wszystkich, którzy śledzą tę dyscyplinę sportu. Zainteresowanie koszykówką rośnie, jesteśmy na etapie wzrostu i wierzę, że wspólnymi siłami dojdziemy naprawdę bardzo wysoko. Dlatego - jako trener kadry - muszę robić wszystko, by dać radość ludziom, którzy nas obserwują i wspierają. To jest dużo większa odpowiedzialność.
Nie chodzi tylko o trenowanie i wyniki następnych meczów, ale o długoletni proces i budowę czegoś trwałego.
- Stało się to trochę moją obsesją. Zbudować trwały status polskiej koszykówki jako mocnego filaru na mapie Europy. Ja wiem, że to brzmi górnolotnie, ale właśnie to chcę osiągnąć. Czwarte i szóste miejsce w Europie - przecież to są sukcesy na miarę historii ostatnich kilkudziesięciu lat. Jestem dumny, że mogę w nich uczestniczyć.
Po zwycięstwie nad Łotwą w Rydze w waszej szatni pojawił się prezydent Karol Nawrocki. Jak pan odebrał jego wizytę?
- Wtedy zrozumiałem, że to jest świetny moment, żebyśmy jeszcze mocniej poszli do przodu. Dlatego nawet zapytałem Prezydenta, czy będzie częściej przyjeżdżał na nasze mecze. Uważam, że to jest bardzo dobry moment, by było o nas jeszcze głośniej. Moi zawodnicy w pełni na to zasługują. Wyniki kadry w ostatnich sześciu latach są naprawdę niesamowite. Niestety, bardzo żałuję, że więcej szumu robią one zewnętrznie, niż wewnętrznie. Proszę mi wierzyć, w Grecji czy w innych krajach koszykarskiej Europy, nasze wyniki są bardzo szanowane. Nie wszyscy jednak w naszym środowisku to doceniają.
A przecież ta drużyna sprawiła, że zmienia się myślenie o naszym pięknym sporcie. Na mecze kadry przychodzi komplet ludzi, bilety wyprzedają się błyskawicznie, dookoła mamy świetne oprawy. Naprawdę, widzę jak bardzo koszykówka budzi się w oczach kibiców.
Co rozumie pan, że nie do końca wszyscy w środowisku doceniają grę kadry?
- Uogólnianie nie jest do końca dobre, ale jednym z obrazków mentalności w Polsce jest bardzo duża zazdrość. Ludzi bardziej cieszy fakt niepowodzenia u sąsiada, niż szczęścia we własnym domu. Tak jest od lat. Czujemy się lepiej, gdy kogoś krytykujemy. Rzadko kogoś chwalimy. Proszę zobaczyć przekaz wiadomości w telewizji. 90 procent tych wiadomości ma zabarwienie negatywne, a tylko 10 procent ma pozytywny przekaz. To są fatalne wskaźniki.
Ja trochę jak ten Don Kichot pracuję mocno nad zmianą podejścia u ludzi, ale nigdy nie patrzyłem na innych w pierwszej kolejności, zawsze zaczynałem od siebie i mojej rodziny. Chcę, by ludzie w sposób dużo bardziej pozytywny patrzyli na pewne kwestie i cieszyli się z tego, co mamy w danym momencie. Bądźmy pozytywnie nastawieni do przyszłości, nie dołujmy samych siebie. Wspierajmy się, bo to jedyna droga do tego, by wyciągnąć maksimum w tej dyscyplinie sportu.
To też jest istotna zmiana: jeszcze dekadę temu nikt nie mówił, aby wyciągać maksimum w koszykówce narodowej, raczej cieszyliśmy się z drobnych sukcesów.
- Zmieniamy postrzeganie koszykówki w naszym kraju. Powtarzam to na każdym kroku. Zmieniamy myślenie o niej. Ja to robię, mój sztab, wszyscy zawodnicy, także szefowie i pracownicy federacji. Zrobiliśmy duży postęp w tym zakresie, ale nie chcemy się zatrzymywać.
Zobacz również:
Liga Mężczyzn Dramat młodego koszykarza. Walka z poważną chorobą. "Przed nim najważniejszy mecz"
Karol Wasiek- Marcin Gortat: Boję się o przyszłość Sochana w NBA
- Skrócił urlop, by pomóc kadrze. Wystarczył jeden telefon od prezesa
Mówi pan, że w Europie nasze wyniki są odbierane dużo lepiej niż w Polsce. Ale w Europie też coraz częściej mówi się o tym, że nasze wyniki są głównie zasługą graczy naturalizowanych. Teraz Loyda i Hardinga, a wcześniej Slaughtera. Jak pan do tego podchodzi?
- Ile krajów w Europie nie korzysta z tego przepisu? Uważam, że na palcach jednej ręki można je wymienić: Litwa, Łotwa, Estonia, Serbia. Nawet Hiszpania korzystała z naturalizowanego gracza, z którym wygrała EuroBasket.
Czyli co? Mamy nie korzystać, bo ktoś w Europie tak mówi? To byłoby głupie i nieodpowiedzialnie podejście. Reguły gry na to pozwalają, więc korzystamy z tego, widząc pewne braki i niedoskonałości w naszym zespole. To jest bardzo proste. Nie ma drugiego dna.
W pana hierarchii Jordan Loyd jest wyżej niż Jerrick Harding?
- Nie. Wszystko zależy od sytuacji i ich zdrowia. Obaj są wspaniałymi zawodnikami, którzy idealnie pasują do naszej kadry. Różnią się od siebie i to jest dla nas bardzo komfortowa sytuacja.
Mamy z nimi świetny kontakt od pierwszego spotkania. Dyrektor Koszarek, kapitan Ponitka i ja odbyliśmy z nimi mnóstwo rozmów.
Spójrzmy na to, że gdy Hardinga nie ma w składzie, to on nam kibicuje podczas meczów z Łotwą. Loyd nas wspierał podczas spotkań z Austrią i z Holandią. To są bardzo dobre przykłady tego, że obaj czują się bardzo dobrze w naszej grupie.
Było takie zdjęcie, które niedawno opublikował nasz fotograf Wojtek Figurski. Na nim widać było radość zawodników, gdy Jordan Loyd pojawił się w autobusie kadry w Rydze. Ich obecność daje nam naprawdę dużo. Nie ma w tym nic negatywnego.
Dlaczego na mecze z Łotwą wybrał pan Jordana Loyda? On na dwa dni przed spotkaniem w Rydze rozgrywał swój mecz w Eurolidze.
- Początkowo ten mecz miał odbyć się w czwartek i wtedy nasza decyzja byłaby zupełnie inna. Uznaliśmy, że na spotkania z Łotwą potrzebujemy Loyda i jego charakterystyki jako gracza, nawet mając świadomość tego, że jego obecność na treningach będzie szczątkowa. On jednak latem sporo z nami trenował i dobrze nas poznał. To gracz bardzo inteligentny. Myślę, że podjęliśmy słuszną decyzję, bo on nam bardzo pomógł w tych meczach.
Kilka miesięcy temu rozmawialiśmy o tym, że bardzo chciałby pan spróbować w kadrze Jakuba Urbaniaka ze Śląska Wrocław. Jak pan ocenia jego debiut?
- To wielki prospekt polskiej koszykówki. Na pozycjach podkoszowych mamy duże bogactwo na wiele lat do przodu. Ta idea odmłodzenia zespołu i dania szansy młodym graczom na tych pozycjach świetnie się sprawdziła. Mamy Urbaniaka, Szumerta, Jeremy'ego Sochana czy Igora Milicicia Jr.
Kuba Urbaniak na pewno potrzebuje trochę więcej czasu, by zaadaptować się do grupy. Krok po kroku będziemy go wdrażać. Jednak jego warunki fizyczne są na takim poziomie, że warto dopasować do niego naszą taktykę. Chcemy go wykorzystać najlepiej jak tylko umiemy. Pomógł nam w meczach z Łotwą w pewnych sytuacjach. Zagrał bardzo dobrze w obronie, walczył o zbiórki po obu stronach parkietu.
Czy był taki temat, by Igor Milicić Jr. dołączył do zespołu?
- Tak. Robiliśmy wszystko, żeby on przyjechał. Natomiast w ostatnich tygodniach wydarzyła się taka sytuacja, że Igor miał zmienić klub w G-League. Te negocjacje nie pozwoliły na przyjazd na zgrupowanie. Wierzę w to, że latem pojawi się na kadrze i będziemy mogli z niego korzystać.
Jak pan patrzy na przebieg jego kariery?
- Myślę, że akurat ten zespół w G-League nie był do niego dopasowany, ale trzeba mieć świadomość, że to nie jest tak, że można sobie wybierać kluby. Jako tata daje mu swoje opinie, ale też nie chcę ingerować w jego karierę. Zostawiam to mu i jego agentowi.
Wiem, że on ma cel, by dostać się do NBA w ciągu dwóch najbliższych lat. Ja tę determinację podziwiam, choć wiem, że on nie lubi grania w G-League. Wierzę, że przez tę - powiedzmy - "słodko-kwaśną" sytuację wyciągnie co najlepsze dla siebie, by finalnie zahaczyć o NBA.
Nie ma co ukrywać, że Igor nabawił się kontuzji w najgorszym możliwym okresie, czyli przed indywidualnymi treningami z drużynami z NBA. Miał umówione… 22 takie treningi. Do tego Summer League.
Camp w Philadelphii przedsezonowy też musiał opuścić z powodu operacji kolana. Było trochę niepowodzeń na jego drodze. Mam nadzieję, że to nadchodzące lato będzie dużo bardziej optymistyczne.
Jak wygląda przyszłość Teo Milicicia? Czy podjął już decyzję ws. wyboru kadry?
- To jest temat otwarty. Ja - jako tata - próbowałem go chronić od tej presji. W przeszłości było o tym głośno. Nie będę ukrywał, że Niemcy mocno się o niego ubiegają. Polska federacja też. Za chwilę on będzie miał 18 lat. Ja nie chcę i nie mogę ingerować w jego wybór na całe życie. Dlatego zrobiliśmy to w ten sposób, że jak będzie pełnoletni, to sam podejmie taką decyzję. Oczywiście słuchając się rodziny, braci i agentów.
Czy kieruje go pan w stronę reprezentacji Polski?
- To jego życie i chcę, żeby on podjął niezależną decyzję i dlatego próbuję jak najmniej się w to wtrącać. To bardzo delikatne sprawy. Oczywiście, jestem obok, całą rodziną w tym jesteśmy, ale koniec końców decyzja będzie należała do niego. Myślę, że czas jest najlepszym sprzymierzeńcem.
Czy latem będzie mógł pan skorzystać z usług Jeremiego Sochana?
- Jeremy ma teraz sporo własnych problemów z sytuacją w NBA. Jego sytuacja w klubie nie jest łatwa. Na pewno będziemy chcieli, żeby Jeremi był z nami. Wszyscy go wspieramy w obecnej sytuacji. Może liczyć na naszą pomóc. Tak jak każdy inny gracz.
Dlaczego znów nie wysłał pan powołania do Aleksandra Dziewy, który był członkiem kadry na EuroBaskecie?
- Uważam, że mamy w kadrze podobnego gracza w postaci Kuby Urbaniaka i chcemy na niego mocniej postawić. Ale to nie jest tak, że skreślamy Olka i już go nie obserwujemy. Mogę zdradzić, że przed tym okienkiem była rozmowa, by go powołać, ale ostatecznie uznaliśmy, że w tym momencie damy szansę Kubie Urbaniakowi.
W trybie awaryjnym do zespołu dołączył Mikołaj Witliński, który był w Rzymie na urlopie. Skrócił swój wyjazd i przyjechał na zgrupowanie. Jak pan to skomentuje?
- Nie zapominajmy, że Kuba Garbacz również dołączył do kadry w trybie awaryjnym. Obaj się super zachowali. Duże ukłony dla nich. To są żołnierze kadry. To mi się bardzo podoba, że 99 procent graczy jest gotowych do przyjazdu, niezależnie od relacji, niezależnie od ich formy, od sytuacji. To już drugi raz, gdy Mikołaj Witliński zgadza się na przyjazd na kadrę w trybie awaryjnym.
Nie będę ukrywał, że chciałem postawić na Szymona Zapałę, ale on w finale Pucharu Polski doznał kontuzji. Nie był do naszej dyspozycji. Kolejnym w hierarchii był Mikołaj Witliński. Przyjechał i pokazał, że warto było na niego postawić. Zachował się bardzo dojrzale, jak prawdziwy gość. Grał z sercem i poświęceniem. Potrzebowaliśmy jego walecznej postawy przez 7-8 minut przeciwko środkowym Łotwy i wywiązał się świetnie. Drużyna to doceniła.
Na koniec wątek klubowy. Jak pan ocenia pobyt w Arisie Saloniki? Czy jest pan zadowolony z tego rozdziału?
- To jest niesamowicie duży klub z tradycjami. Czasami trudno sobie wyobrazić, w jaki sposób tamtejsi ludzie podchodzą do obecnej sytuacji. To jest klub, który w tej chwili myśli, że jest mistrzem Grecji. Wszyscy kibice myślą, że są mistrzami Europy, a my - jako zespół - musimy pokonywać wszystkich. To, jak ktoś mówi, że presja jest w Anwilu, w Stali, w Legii czy w Śląsku, to jest może 5% tego, co się dzieje w Arisie. To jest klub z dużymi perspektywami, który jest świetnie prowadzony przez Nikosa Zisisa, generalnego menedżera.
Nowi właściciele postawili na amerykański styl. Dział sportowy funkcjonuje niezależnie od działu marketingowego i finansowego. Klub idzie mocno do przodu, plany są imponujące. W ciągu 4 lat Aris ma zagrać w Eurolidze lub w NBA Europe.
Saloniki to wspaniałe miejsce do życia, do gastronomii, ale to też miejsce, w którym jest olbrzymia presja. Pamiętam, jak pokonaliśmy Panathinaikos w wielkim stylu. A euforii wcale nie było. Było to bardziej po polsku świętowanie: "dlaczego po dogrywce?" (śmiech). Łatwo nie ma, ale ja nie boję się wyzwań. W lidze greckiej jesteśmy na piątym miejscu w tabeli i jesteśmy w stanie zrobić coś fajnego.



Masz sugestie, uwagi albo widzisz błąd? Napisz do nasDołącz do nasIgor Milicićreprezentacja Polski koszykarzyIgor Milicić Junior