Historia pary z Wrocławia, która w błyskawicznym tempie znalazła się na igrzyskach olimpijskich, mogłaby posłużyć za scenariusz filmowy. Wszystko zaczęło się od jednego SMS-a z Kolumbii, a kilka godzin później byli już w samym centrum olimpijskich wydarzeń. Wyjątkową propozycję otrzymali od kolumbijskiej drużyny, którą oficjalnie reprezentował zaledwie jeden zawodnik. Jak sami przyznają, atmosfera była niezwykle ciepła i życzliwa, a wszyscy chętni do współpracy i uśmiechnięci. Ten wyjazd miał dla nich także głęboki, osobisty wymiar, a wydarzenia z 14 lutego nadały tej olimpijskiej przygodzie wyjątkowego charakteru.
Ostatnie zimowe igrzyska olimpijskie pokazały, że reprezentanci z bardziej egzotycznych państw coraz śmielej zaznaczają swoją obecność także w dyscyplinach zimowych. We Włoszech wybrzmiał m.in. brazylijski hymn za sprawą alpejczyka Lucasa Pinheiro, który wywalczył pierwszy w historii złoty medal dla Ameryki Południowej. Kolumbia również miała swojego reprezentanta – biegacza narciarskiego Fredrika Fodstada, który, adoptowany przez norweskie małżeństwo, od 2021 roku startuje pod barwami tego południowoamerykańskiego kraju.
Na krótko przed pierwszym startem kolumbijskiego narciarza, losy Fredrika Fodstada i pary z Wrocławia niespodziewanie się przecięły. Niko Herman i Nika Hatailo, na co dzień prowadzący agencję kreatywną zajmującą się tworzeniem treści do mediów społecznościowych, otrzymali niecodzienną propozycję współpracy z jego zespołem. W rozmowie z Interią Sport opowiedzieli o tym, jak doszło do tego nieoczekiwanego połączenia ich ścieżek i jak na czas igrzysk niejako "przybrali" nowe, olimpijskie barwy.
Jak przyznaje Niko Herman, propozycja nadeszła w niezwykle nietypowy sposób – w formie SMS-a na firmowy numer agencji. Wiadomość brzmiała mniej więcej tak: "Wiem, że to bardzo last minute i to trochę szalone, ale czy przyjedziecie jutro do Predazzo współpracować z kolumbijską drużyną olimpijską?". Mimo początkowego niedowierzania, odpowiedź była natychmiastowa: "tak". Dopiero później zaczęły się logistyczne wyzwania związane z szybkim przygotowaniem sprzętu i organizacją wyjazdu. Jak dodała Nika Hatailo, początkowe myśli krążyły wokół tego, co zabrać ze sobą i jak powinno to wyglądać, czując ogromną wagę sytuacji i odpowiedzialność, zwłaszcza w porównaniu z innymi drużynami, które miały wszystko dopięte na ostatni guzik.
Kluczową postacią w tej historii okazał się Paul Bragiel – osoba o polsko-amerykańskich korzeniach i kolumbijskim paszporcie, związana z Kolumbijskim Komitetem Olimpijskim. Bragiel, który był pierwszym mistrzem Kolumbii w narciarstwie biegowym, obecnie działa jako menedżer, działacz i trener, będąc "żywym duchem" kolumbijskiej drużyny. Niko Herman, który znał Bragiela wcześniej, początkowo nie wierzył w realizację projektu ze względu na późny etap organizacji.
Po przyjeździe do Włoch, para z Wrocławia od razu rzuciła się w wir pracy. Pierwszego dnia nagrywali materiał z drugim rezerwowym zawodnikiem, Rodrigo Ideusem, a następnego dnia z Paulem Bragielem, w tym sesję zdjęciową w oficjalnych strojach olimpijskich. Dzięki zaangażowaniu kolumbijskiej drużyny, mieli możliwość wejścia w miejsca przeznaczone dla prasy i operatorów kamer, co ułatwiło im realizację zadań.
Niko Herman podkreśla, że kolumbijska atmosfera bardzo ułatwiła im integrację z zespołem. „Wszyscy byli bardzo ciepli, otwarci i życzliwi, chętni do współpracy i zawsze uśmiechnięci. Każda prośba o zmianę lokalizacji, ustawienia czy organizacji była przyjmowana bez problemu. To jest zespół złożony z ludzi z ogromną pasją i marzeniami o udziale w igrzyskach. Każda osoba w tym zespole jest bardzo zaangażowana i zmotywowana” – opowiada.
Nika Hatailo dodaje, że zespół postarał się nawet o akredytację na ostatni dzień do wioski olimpijskiej, co było niełatwe do zdobycia. Podkreśla, że wszyscy bardzo się starali, aby im pomóc.
Nawet po zakończeniu igrzysk, kontakt z zespołem jest utrzymywany. „Do dziś, gdy z nimi rozmawiamy, za każdym razem podkreślają, że jesteśmy częścią Teamu Kolumbii. Mówią, że stanowimy razem z nimi jeden zespół. To jest bardzo wzruszające i pokazuje charakter tych ludzi. Oni gonią za swoimi marzeniami, ale jednocześnie patrzą na wszystkich wokół i doceniają każdą pomoc oraz każdą cegiełkę, która pomogła im znaleźć się w tym miejscu” – mówi Niko Herman, dodając ze wzruszeniem: „Oczywiście nie przypisujemy sobie żadnych zasług, bo dołączyliśmy do projektu w ostatniej chwili, ale bardzo szlachetne i piękne jest to, że tak dobrze o nas mówią i traktują nas jako część zespołu”.
Atmosfera igrzysk była niezwykła, czego przykładem była popularność olimpijskich pinów, które stały się swoistą walutą. Za piny można było zdobyć darmowy parking czy stolik w restauracji. Całe miasto żyło rywalizacją, a transmisje zawodów były dostępne w każdym lokalu gastronomicznym i na telebimach.
Szczególnym momentem dla pary okazał się 14 lutego, czyli Walentynki. Niko Herman, zainspirowany wyjątkową atmosferą igrzysk, oświadczył się Nika Hatailo w fotobudce po uzyskaniu wstępu do wioski olimpijskiej. Choć pierścionek był symboliczny, kupiony w lokalnym kiosku, wydarzenie to na zawsze pozostanie w ich pamięci.
Para z Wrocławia widzi dużą szansę na udział w kolejnych igrzyskach, zarówno zimowych, jak i letnich. Doświadczenie zdobyte podczas kilkudniowego pobytu na igrzyskach porównują do roku pracy, co stanowiło ogromny krok milowy w ich rozwoju zawodowym. Jak zdradzają, odezwała się już do nich jedna z czołowych drużyn sportowych z Wrocławia, co pokazuje ich otwartość na nowe wyzwania.
Jak dowiedział się lokalny portal poleca.to, historia Niko i Niki pokazuje, że czasami wystarczy jeden niespodziewany SMS, by otworzyć drzwi do niezwykłych przeżyć i doświadczeń. Ich zaangażowanie i pozytywne podejście pozwoliły im w krótkim czasie stać się częścią olimpijskiej rodziny, a ich doświadczenie może okazać się cenne dla polskich sportowców.